niedziela, 28 czerwca 2015

początki i końce... podsumowanie

Nie obędzie się bez podsumowania, bez słów, których nie potrafię nie wypowiedzieć. Kończy się bardzo ważny rok mojego życia, zakończony ogromnym sukcesem, dyplomem, o którym marzyłam od wielu, wielu lat. Najpierw przypadkowo, potem nieśmiało, by w końcu ukierunkować swoje pragnienia i swoją filozofię życia w jednym jasnym kierunku. Tak oto Maria Montessori stała się dla mnie prawdziwym autorytetem i gdy całkiem przypadkowo odryłam, że to marzenie może realnie się zrealizować w Paryżu pozostała tona pytań i kwestii do ogarnięcia. Pieniądze, opieka nad dziećmi, organizacja życia, studiowania w innym języku niż ojczysty... Na tym etapie to pan T. pchał mnie bardzo wyraźnie w jednym kierunku "to najlepsza inwestycja jaką możesz zrobić, idź i zrób to"... Mam prawdziwe szczęście bo mój pan T. wspierał pomysł od początku. Potem telefon do Mamy, czy pomoże, czy uniesie to, o co chcę ją poprosić, czy Tata się zgodzi... Nie musiałam długo czekać na odpowiedź... Przez te 9 miesięcy moja Mama była nieoceniona: dała moim dzieciom poczucie bezpieczeństwa, zawsze otwarte ramiona i serce, przeczytała tonę książek, ukoiła setki razy smutek, wysłuchała tonę moich opowieści, zmierzyła się z byciem w kraju, w którym nie rozumie języka... Do tego byłą dobrą wróżką, która zawsze wyciągnęła naczynia ze zmywarki, umyła podłogę, wyprasowała pranie, ułożyła dzieciom ubrania w szafie, podlała kwiatki, o których ja zapomniałam, pamiętała kiedy dzieci idą do biblioteki, kiedy jadą na wycieczkę, ulepiła setki pierogów... Wiem, że wie, że bez niej nigdy nie zrealizowałabym swojego pragnienia... Czyż to nie symboliczne, że to "kolejne 9 miesięcy", gdy tak wiele mi dała...
Pan T... Wiem, jak było mu ciężko nie mieć mnie ciągle w domu, tymbardziej doceniam jego wspieranie mnie, gdy brakowało mi sił, to jak przygotowywał mi obiad na uczelnie, sprzątał łazienke i robił zakupy, dbał o moją mamę... Gdy widział czasami moje łzy zmęczenia, gdy zasypiałam siedząc... Gdyby nie jego wspieranie mnie, akceptowania ale też pomoc w wielu kwestiach organizaycyjnych nie zdobyłabym tego dyplomu.
Moje dzieci... STasio prosił, bym wiecej nie robiłam studiów:) Wiem, że dla nich to też było wyzwanie. Nie sposób nie docenić tych małych dłoni, które głaskały mnie przed egzaminem i mówiły, że życzą powodzenia, tony pocałunków i zawsze radość, gdy wieczorami wracałam do domu.
Ludzie na studiach... Brakuje mi ich już dzisiaj bo wiem, że nie łatwo znaleźć ludzi, którzy mysłą o życiu, o edukacji, o dzieciakch to, co Ty... To porozumienie było wspaniałe. Niektóre drogi rozejdą się na zawsze, inne pewnie skrzyżują jeszcze nie raz. Ceremonia wywołała u  mnie łzy, tak jak wyjazd Mamy... Dużo emocji...
Przyjaciele... Bliscy... Panno Polny Maku dziękuje za każdą chwile gdy wspierałaś mnie...
Poświęciliśmy wiele dla tego celu, który postawiłam przed sobą. Bo w końcu jestem ja... Moja praca, moje ogromne zaangażowanie, moje starania, moja nauka, moja praca w sobotę by unieść też finansowo koszt formacji... Dałam z siebie wszystko co mogłam w tym roku, by połączyć wszystkie role, znosić 4 godziny w pociągu każego dnia. Pora więc powiedzieć jasno, jestem z siebie dumna, zadowolona... Poświęciłam wiele i nie żałuje, jestem odmieniona na zawsze...
Czy uda mi się znaleźć pracę o której marzę? Czy uda mi się teraz zdobywać doświadczenie, coś czego tak pragnę tutaj, teraz we Francji? Maria, która była moją egzaminatorką, która wręczyłą mi dyplom powiedziała nam o tym, że dzisiaj jesteśmy tutaj, ale dzieci są na całym świecie, a świat potrzebuje innego spojrzenia na dzieci... Wierzę, że uda mi się realizować to, co chciałabym zrobić dla świata i niezależnie jak bardzo górnolotnie lub idealistycznie to brzmi to czuje, że jest to moja prawda, moje pragnienie... Licze że zniosę też i porażki, błędy, które popełniam, ale powoli doświadczenie będzie wlewać się w moje życie profesjonalne.
Czy było warto Aniu? Nie zamieniłabym tego czasu na nic innego, warto po prostu iść po swoje marzenia, a robienie w życiu tego, co kochasz daje wygrane życie.
Nie wiem, co będzie dalej ale wiem, że ta magiczna kartka papieru z moim dyplomem symobilzuje tą wielką przemianę, wiedzę która zgromadziłam... Dzisiaj popłyneła z moich oczu nie jedna łza na myśl o tym, że już tam nie wrócę jutro... Życie to także pożegnania i odchodzenie... To była cudowna wędrówka i dziękuje wszystkim, bez których to nie byłoby możliwe... Jutro sen... Niech ukołysze myśli...

Mój ważny moment...

Nasza drużyna pierścienia:) 

Co ta mama tam robiła na tych studiach:) 

3 komentarze:

  1. Aż mi się łezka zakręciła czytając Twojego posta...Z całego serca gratuluję dyplomu. To cudowne, że realizujesz siebie. Cudownie, że Mama pomogła, a dzieci Twoje tylko na tym skorzystają! Też mi tęskno za studiami...dobre rzeczy za szybko się kończą. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wzruszyłam się i łza poleciała czytając Twój wpis. Gratuluję Ci i cieszę się. Tak na prawdę, prawdziwie cieszę się z Tobą - czuję ogromną ochotę uściskania Cię, przytulenia. Cudownie się to czyta. Jesteś niezwykła i bardzo silna. Podziwiam Cię i gratuluję raz jeszcze - gratuluję dążenia do swojego celu, nie poddawania się , zdobycia dyplomu. Masz rację- bądź z siebie dumna bo w pełni zasługujesz na to uczucie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny post i cudownie nazwane emocje. I mnie w oku zakręciła się łezka wzruszenia. Widziałam, że to wszystko kosztuje Cię wiele sił, wiele energii - Ciebie i Twoją rodzinę. Jednak jesteś jedną z najsilniejszych kobiet jakie znam, i Ani na chwilę nie wątpiłam w to, że dokonasz tego, co zaplanowałaś sobie na ten ostatni rok. Gratuluję Ci z całego serca i czekam na Wasz przyjazd z utęsknieniem :) Mam nadzieję, że jeszcze zanim pojedziecie do Częstochowy wyskoczymy na winko :D Buziaki!

    OdpowiedzUsuń