Oto po ostatnim wpisie, poleżałam kilka godzin w łóżku po czym zdecydowałam się by pomóc sobie nieco szlachetnym ibuprofenem i wyzdrowieć po prostu. Nie uwierzycie ale udało mi się to osiągnąć bo następnego dnia zwiedzaliśmy Paryż. Nie wiem, jak to się stało ale po prostu postanowiłam wstać z łóżka i poczuć się lepiej więc wstałam i poczułam. Także z radością udało mi się pokazać nieco Paryża moim Rodzicom, udało mi się wyjść na randkę z mężem:) Cudowna mała restauracja w okolicy, z tym, co kocham we Francji: wspaniałą obsługą, dobrym jedzeniem, delektowaniem się każdym kęsem, lampką świetnego wina, ciszą i spokojem. Wspaniały wieczór. Udało mi się także z całą ferajną, czyli dzieciakami i Rodzicami, pozwiedzać nieco Paryża. Chociaż nie wszystko pokazałam, co było w planach (przez zawirowania z naszym zdrowiem) to starałam się. Nie odważyłam się pojechać do Paryża samochodem więc korzystaliśmy z metra i RER oraz pieszych wędrówek. Powrót po 17 z Paryża utwierdzał mnie w przekonaniu, że to świetny pomysł: nie zabranie samochodu: to miasto jest jak przyspieszona akcja serca i gdy wracam z niego do naszego Saint Germain to czuje głęboki oddech i spokój i to lubię.
Tymczasem z aktualności... Oto pierwszy raz spotykam się z problemami zdrowotnymi mojego dziecka, gdy wymagam wizyty u specjalisty, być może nawet jakiegoś zabiegu. Ponieważ w końcu mamy numery ubezpieczeniowe, bo do zielonej karty dla nas wszystkich jeszcze droga daleka, zdecydowaliśmy się w końcu na zakup mutuelle , które we Francji niejako jest koniecznością bo ich kasa chorych zwraca jedynie część poniesionych kosztów każdej wizyty medycznej. Och drodzy moi...Ile to godzin spędziliśmy w tych firmach, analizując warunki, koszty itd. Ileż też dowiedziałam się o tym, jak wiele kosztów poniosłam do tej pory i których nikt mi nie zwróci. Generalnie dochodzę do wniosku, że systemu idealnego nie ma... Tutaj muszę pracować, by być ubezpieczona przez państwo i by móc dokupić ubezpieczenie prywatne, za które płacimy słono, a dodatkowo płacę za wszystko sama i CZEKAM aż kasa zostanie mi zwrócona po pierwsze z kasy chorych, po drugie z ubezpieczenia prywatnego. Ba mimo wszystko może się okazać, że to i tak nie 100% poniesionych kosztów mimo wybrania wysokiego progu ubezpieczenia.
Do tego moja wizyta u laryngologa z dzieckiem oczywiście nie zostanie mi pokryta w należytym procencie ponieważ nie dostarczyłam skierowania, cholera z tym, że była konieczna... Czeka mnie więc wizyta u lekarza ogólnego 27euro, by potem wydać kolejne 60 u laryngologa. Wszystko ok, póki nie okazuje się, że wizyt w ciągu miesiąca się mnoży, że chcesz skonsultować się, nim zdecydujecie się na potencjalną operację, z innym lekarzem...
Są też rady: unikaj lekarzy w Saint Germain bo liczą sobie za dużo a nie są dobrzy... Jedź do Paryża do Neckera... Więc moi rodzice pojechali o 5 rano na lotnisko, a ja matka, zatroskana o zdrowie mojego Stasia i z chęcią pomocy, siedzę szukam, niczego tu nie znam, czytam na tych stronach i ostatecznie już sama nie wiem, ile wizyt i gdzie mam złożyć. Natomiast sprawa pilna jak dla mnie... Bo oto chodzi o słuch mojego dziecka, a jakże to ważne gdy poznaje się drugi język...
Dzisiaj rozdzwoni się więc telefon mój na milion kierunków... Ja natomiast spać nie mogę bo się nieco martwię... Ile jeszcze będzie zderzeń z rzeczywistością w tym kraju... oj pewnie wiele...
czwartek, 20 lutego 2014
poniedziałek, 17 lutego 2014
szlachetne zdrowie
Będę narzekać... Bo przysięgam, że szlak mnie trafia... Oto nastał, długo oczekiwany, dzień przylotu moich Rodziców do nas. Oj ileż ja miałam planów, prawie spisałam je na kartce licząc na pewne możliwości dzieci i swoje i podróży RER, autem... Wszystko było pełne planu i radości. Cóż... Noc przed przylotem Stasio rozpoczął wymiotowanie, następna byłam ja, potem Basia, wczoraj do fatalnego samopoczucia żołądkowego dołączył pan T. Gdy wydawało mi się, że jest już lepiej poczułam, że coś jest nie tak ze mną i oto jestem całkowicie rozłożona chorobą... Boli mnie każda część ciała, o bólu gardła nie wspomnę, zimno i mam dreszcze... Nienawidzę, nienawidzę być chora tym bardziej gdy wiem, że moi rodzice wylatują w piątek i po prostu chce wziąć się w garść jak najszybciej. W przypływie rozpaczy umówiłam się do lekarza na jutro, by szybko postawił mnie na nogi bo jak na razie każde moje działanie sprawia, że czuje się jeszcze gorzej... Oczywiście fakt, że są teraz moi Rodzice jest błogosławieństwem w moim stanie bo oto mogę zostać w łóżku,gdy każde z jego wyjście sprawia mi fizyczny ból, ba nawet płacz miałam dzisiaj na końcu nosa. Jednak coś we mnie ciągle uczy mnie pokory wobec własnego ciała, przewrotności różnych zdarzeń. Bo może po prostu trzeba nauczyć się brać to co jest, takie jakim jest. Może zamiast złościć się i marnować energię na to uczucie lepiej wykazać się zrozumieniem wobec własnego ciała i choroby, która nim zawładnęła. Może po prostu cieszyć się, że gdy czuje się tak źle akurat są blisko mnie rodzice i mogą mnie wesprzeć. Nie mniej jednak marzę o tym, by być zdrowa... Jak najszybciej... "Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz aż się zepsujesz...":)
Subskrybuj:
Posty (Atom)