piątek, 2 października 2015

francja bardzo po mojemu... kulisy systemu...

Długo milczałam, zastanawiając się czy pisać co w sercu mi teraz doskwiera. Decyduję się jednak, może okażę się to przestrogą dla tych, którzy planują tutaj przyjechać, a może zachętą dla innych, sama nie wiem. 
Rozpoczęliśmy współpracę z kolejnym etapem edukacji czyli szkołą podstawową. Już w ubiegłym roku gdy mieliśmy możliwość zobaczyć szkołę, na zebraniu powiało gigantycznym chłodem ze strony pani dyrektor. Miny rodziców w sali wskazywały gigantyczne zaniepokojenie. W duchy prosiłam by Staś nie trafił do niej (gdyż ma ona pół etatu nauczycielskiego w klasie CP- zerówce). Los zadecydował, iż niestety tak się stało. Mimo naszych próśb i dyrektorki z przedszkola, która przekazywała dzieci do systemu szkolnego, Stasio został rozdzielony z wszystkimi najlepszymi kolegami... Tak naprawdę to początek góry lodowej, który sprawił, że po miesiącu edukacji odbieram ze szkoły smutnego chłopca, który nie wygląda jak mój syn. Jego wiara w siebie podupadła i ma ogromne poczucie znudzenia szkołą i poczucie niesprawiedliwości. Każdego dnia dzieci 6 letnie (o słuchajcie rodzice 6latków w Polsce) są zmuszane do cyklów pracy 1,5 godzinnych, bez przerwy w ławce!!! W ciągu dnia są cztery 1,5 godzinne cykle pracy, przerywane 15 minutowymi przerwami i jedną obiadową. W szkole uczą się wyłącznie pisać, czytać i liczyć! Nie ma pogadanek o rozpoczynającej się jesieni, cyklach natury, świętach narodowych, podręcznik to: czytanka z lewej strony i litery z prawej i koniec. Nie ma poznawania świata i wszystkiego, co wokół nas. Moje dziecko codziennie rano wstaje mówiąc, że już nie chce iść do szkoły. Przedszkole chociaż także w tym samym fatalnym systemie, to posiadało bardzo zgraną ekipę pasjonatów, którzy chcieli i którym się chciało. W szkole nie widzę tego w ogóle. Widzę za to iście wojskową dyscyplinę, brak jakiekolwiek pochylenia się nad uczniem i dążenie do tego, by wszystkie dzieci były takie same, jakiekolwiek przypadki wybijania się w jakimkolwiek kierunku kończą się smutno... 
Wszystko to doprowadziło do punktu, w którym uzmysłowiłam sobie, że w tym kraju warto jest być dla wygodniejszego życia, ładniejszego państwa, ciekawych miejsc do zwiedzania, garstki ludzi, którzy jednak najczęściej okazują się obcokrajowcami lub francuzami z drugą połową innej narodowości. Rdzennie Francuzi trzymają dystans i nie odnaleźliśmy wśród nich bliskich przyjaciół. 
Edukacja jest tak dramatyczna, że proszę nie narzekajcie na Polskę. Mamy w głowie inną mentalność, gdzie dziecko jest wartością, a dyscyplina i stworzenie dokładnie takich samych posłusznych, niezbyt wybitnych intelektualnie obywateli, nie jest celem jak we Francji.  
Są Ci, którzy próbują wybić się z systemu i to się sporadycznie udaję ale to ciągle i tutaj wysokie urodzenie, w rodzinie bardzo bogatej staję się szansą na alternatywną szkołę (których wiele tu nie ma, a jeśli są to niesamowicie drogie) i inne życie, niż od rana do wieczora w pracy, z dzieckiem, które spędza w przedszkolu cały dzień, od rano do wieczora, przerzucane z rąk do rąk. 
Urlop macierzyński w tym kraju trwa 3 miesiące. Dzieci oddawane są natychmiast do placówki lub nounou (czyli niańki dofinansowanej przez państwo). Jaki jest cel? Od jak najwcześniejszych lat życia dziecko to SYSTEM przejmuje kontrolę nad jego wychowaniem, to czysta manipulacja. 
Rodzina we Francji... Ilość rozwód, które mają miejsce w rejonie paryskim jest porażająca 3 na 4 małżeństwa kończy się rozwodem. Ludzie traktują to szczeniacko i niepoważnie, cokolwiek się nie udaje po prostu odchodzą. Dzieci są przerzucane, czasami olewane i zostawiane same sobie i tych przykładów można dostrzec sporo odbierając dzieci ze szkoły. Domy starości pękają w szwach, dzieci, które nie zaznały czułości, opieki rodzicielskiej nie oddają jej swoim rodzicom, często nawet nie mają z nimi kontaktu. 
Dodatkowo gdy chcesz utrzymać rodzinę i wartości, które są dla Ciebie ważne, ktoś w małżeństwie MUSI pracować na części etatu. Ja czuję się obecnie "odprowadzaczką i przyprowadzaczką": prawie codziennie gdzieś ich zaprowadzam, wożę, zajęcia Staśka, Basi, logopeda, zakupy, obiad, ciepła kolacja, judo, taniec, szkoła... Sobota pracy jest dla mnie cudownym momentem, gdy się zatrzymuje i mogę popracować... O szukaniu pracy nie wspomnę ale nie uczyniłam z nich treści całego mojego życia, do tego nie chcę zrezygnować z marzeń. Nie wiem co będzie... 
Jest mi tutaj gorzko chwilowo... Pechowo w tym paradoksalnie raczej kulturalnym i miłym kraju zdarza mi się ostatnio spotkać pełno buraczanych flaków, ale to zdarza się wszędzie... 
Wniosek: każdy kraj w którym żyjesz ma swoje plusy i minusy. Czy tutaj zostaniemy? Nie wiem, chwilowo nie mamy innego wyjścia a i cel wyjazdu był taki, by dzieci były dwujęzyczne. 
Nie chciałabym zniweczyć wszystkiego, co osiągnęli w tej kwestii. Mówią po francusku bez żadnego akcentu, potrafią mnie już poprawić, słyszą we francuskim i mówią dźwięki, których my dorośli nie wypowiemy nigdy. Z dnia na dzień widzę, jak ich słownictwo się zwiększa i cieszę się, że dostali od nas właśnie tą szansę dwujęzyczności. 
Nie wiem, jak wszystko potoczy się dalej... Nie wiem, co robić, a czego nie... Nie wiem, jak działać, a jak nie działać. Więcej nie wiem, niż wiem... Jedno jest pewne mam w domu cudowne dzieciaki i pana T... Czuję się całkowicie pogubiona... 

czwartek, 3 września 2015

po wakacjach: Polska po mojemu i czarna dziura...

I wakacji nadszedł kres... Podśpiewywałam te słowa przez ostatnie kilka dni wakacji na ciepłym i słonecznym południu Francji, myślałam, że smutek który pojawia się na myśl o wrześniu jest tym, co po prostu przeminie szybko i bezboleśnie ale to tylko początek czarnej dziury, w którą wpadłam. Zaprowadziłam moje dzieci do przedszkola (patrz Basia) do szkoły (patrz Stasio) i weszłam do cichego, pustego domu i ta konfrontacja mnie powaliła. Dzieciaki zaopiekowane lepiej lub gorzej (pominę moje komentarze i opinie na temat sytemu edukacji francuskiej bo ta czasami  mnie zwyczajnie poraża) a ja nie mam już swoich studiów, mam swoje wykształcenie, specjalizacje i pracy brak... Perspektywa deski do prasowania, garnków, odkurzacza sprawiła, że poczułam się prawdziwie nieszczęśliwa... Pozwalam emocjom płynąć bo wiem, że po burzach przychodzi słońce ale to co uwiera w moich oczach to po prostu łzy: bezsilności, obaw, wkurzenia, pragnienia by edukować po polsku bo tak mi będzie łatwiej, pragnienie czegoś innego, łatwiejszego??? Poraża mnie edukacja we Francji, to co przekazywane przez nauczycielkę u Stasia w klasie. Ta koszmarna kobieta podnosi zadania dzieci, które zrobiły "brzydko" i mówi, że to "cochonnerie" (świństwo, paskudztwo)... Ja tłukę do głowy nauke o emocjach, że śmianie się z innych sprawia, że inni czują się źle i nieprzyjemnie i nie wolno tego robić, że to wkraczanie w wolność drugiego człowieka a tu... ściska mnie serce... Szkoła francuska jest koszmarna... Zdarzają się w niej ludzie z pasją i tych też miałam okazje poznać ale w tym roku mój syn takiego szczęścia nie miał. Basia na szczęście u wspaniałej pani... Temat dla mnie przeraźliwie trudny...
Wracając do wakacji: do Polski poleciłam z prawdziwym przekonaniem, że po dwóch latach będzie to przemiły pobyt ale nie wywoła już tych emocji, mokrych oczu gdy będziemy wracać do Francji. Jakże się myliłam... Jak tym razem powrót przebiegł pełen ścisków żołądku i sercu... Czas mijał bajecznie, mimo upałów: spędzałam dnie z dziećmi, rodziną, chrześnicą, dzieci były szczęśliwe mogąc swobodnie wyrażać się po polsku a ja czułam się wspaniale. Spotkania z bliskimi osobami, Moja Rodzina, Moje Kobiety, Moje Dzieciaki, Moi Przyjaciele... Czas z Wami był jak balsam dla duszy. Powrót okazał się trudny bardzo... Po trzech tygodniach i także ważnych spotkaniach z ważnymi osobami, w mej głowie pojawiło się wiele wniosków, wiele przemyśleń... To szczególnie te Kobiety, który są gdzieś kilka kroków przede mną w wędrowaniu przez życie ofiarowały mi sporo mądrości i zdań, które zostały w głowie... Pożegnanie z moimi Rodzicami nie obyło się bez moich łez...
Dalszy kierunek naszych wakacji, po 3 tygodniach w Polsce, to południe Francji: le Grau du Roi i cała masa naszych wyobrażeń o tej mieścince, która okazała się czymś zupełnym, co było w naszych głowach. Minęło kilka dni, gdy nasi przyjaciele z Wrocławia dołączyli do nas i gdy odkryliśmy z cała radością moc południa Francji: ciepłego Morza Śródziemnego, niekończących się promieni słońca. Było wspaniale: było wspaniale bo dzieciaki mieli przy sobie wspaniałą pannę N. i panicza W., z którymi zabawa i eksplorowanie świata było radosne i piękne. Ja po raz kolejny zrozumiałam jak ważne, piękne i wartościowe dla nas jest "wakacjowanie" z bliskimi.
Powrót i... początek posta...
Sesja z Ewą była wspaniała: każdego roku na mojej twarzy potrafi uchwycić coś, co jest na niej wypisane... To zdjęcie gdy patrzę na morze w świetle księżyca... To wszystko czym jestem teraz...
Do czarnej dziury wpadam co chwilę i mozolnie z niej wychodzę, by znów do niej wpaść i pewnie i znów wyjść...  Daje sobie czas... Czas... czas... śnijcie dobrze... Na koniec trochę wakacji byście nie zapomnieli, jak wyglądamy...